poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wrażenia po wycieczce do Los Angeles - downtown (dużo zdjęć!)

Witam Was po dłuższej przerwie! Niestety mam ostatnio trochę mniej czasu na bloga, ale postanowiłam dla Was dzisiaj poświęcić trochę czasu i podzielić się moimi spostrzeżeniami po wycieczce do downtown w Los Angeles. Ci, którzy polubili moja stronę na facebooku wiedzą, ze całkowicie nie zniknęłam :) Zatem zachęcam do polubienia, jeśli chcecie być na bieżąco, tam dziele sie szybkimi ciekawostkami, zdjęciami :)

Na początku powiem, że mam mały niedosyt i na pewno wybiorę się do Los Angeles jeszcze nie raz, z reszta jest mnóstwo miejsc, które trzeba koniecznie odwiedzić. Moja wycieczka była krótka, gdyż mieliśmy dosyć mało czasu. Głównym naszym celem było załatwienie pewnej sprawy w downtown a zwiedzanie było miłym dodatkiem. Przyjechaliśmy autem, zatem parking tez mieliśmy do wyznaczonej godziny, więc na zwiedzanie było bardzo mało czasu a niektóre miejsca, które chciałabym zobaczyć (ciekawe nawet było przechadzanie się przypadkową ulicą) mogłam tylko zwiedzić "migiem", bądź tylko przechodem. Myślę ze najlepsza opcją byłoby dotarcie z rana pociągiem (swoja droga mam świetne połączenie) i zostać ile się tylko zapragnie.

Zacznę więc od początku. Na miejscu byliśmy ok godziny 10.00 rano. Poniżej zdjęcia z samochodu, gdzie z autostrady wyłaniały sie pierwsze widoki drapaczy chmur. Zaznaczę, że rannej mgły już nie było. Podejrzewam, że ta "chmura" pomiędzy budynkami to smog. Z reszta nawet tak wygląda. Wdech w piersiach zaparły mi też kilkupoziomowe autostrady, pod którymi przejeżdżaliśmy. Takich konstrukcji nigdy wcześniej nie widziałam. Niestety nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Jedynie jednopoziomowej.
(kliknijcie na zdjęcie w ramach powiększenia)
.




Budynek poniżej jest najwyższym w Los Angeles.



Ten bardzo mi się spodobał :)


Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy parking. Kosztował nas on $30 w centrum downtown. A korzystaliśmy z niego jakieś 6 godzin. Tak jak wspomniałam wcześniej mieliśmy ograniczony czas i mogliśmy zostać tylko do 4.00 pm! Udaliśmy się na poszukiwania naszego punktu i o 11.00 am rozdzieliliśmy się. Mąż poszedł załatwiać sprawy a ja przez ok. godzinę dokładnie oglądałam okolice, czyli 5th street, Bunker Hill Steps, 4th street, Grand Ave. i Olive Street. Oczywiście nie po całych długościach, ale w okolicach. Lubie zagłębiać się w szczegóły przy zwiedzaniu. Zauważyłam, że na niektórych budynkach są małe przyciski i należy ich użyć w wypadku pożaru. Zaskoczyło mnie to, ale pozytywnie! Do tego prawie przy każdym budynku były jakby gwinty(?) od wody(poprawcie mnie jeśli się mylę). To tez coś innego niż to co widziałam w Polskich miastach. Te ulice były ładnego, ale bardzo nowoczesne. Kiedy przechadzałam się u stóp wieżowców budynki były płaskie. Później nieco widoki się zmieniły.




Bunker Hill Steps
 kurka dopiero teraz widze, ze nie mam zdjęcia z dołu (mam tylko ze mną, a chciałabym aby było czyste :P) Na wprost widać budynek, jest to Biblioteka Publiczna w Los Angeles.

Rzeźba przy skrzyżowaniu ulicy 4th street i Hope Street




California Plaza, też nie miałam czasu aby tam wejść :/


Jeszcze wspomnę o autobusach. Widziałam tylko jeden stary, który był autobusem szkolnym i nie wyglądał, aby był przyjazny środowisku. Reszta to były air-friendly, czyli pewnie na energie odnawialną.
z Olive Street było widać takie cudo!

starszy budynek na Olive Street

Od tego momentu już jesteśmy razem. Wracamy się na 6th Street na parking, aby odłożyć pewnie rzeczy i ruszamy w stronę Olvera Street i Chinatown, aby przy okazji coś zjeść. Bardzo byłam podekscytowana, aby chociaż trochę zobaczyć te miejsca (jak wcześniej wspomniałam niestety szczegółowo nie zdążyliśmy pozwiedzać, ale do nastepnego razu ;)). Pisałam prace maturalna na temat USA i w jednej książce Lisy See "Dziewczęsta z Sznghaju", którą wykorzystywałam do swojej pracy akcja toczyła się własnie w Chinatown i Olvera Street również była wspomniana. Bardzo mnie zaciekawiła wtedy ta książka, nie myślałam, ze będę w stanie kiedyś te miejsca zobaczyć ;)
Było już południe, straszny upał i słonce paliło głowę, na szczęście w Chinatown kupiłam sobie kapelusz od Chinki za jedyne $4, bardzo ładny swoją drogą :)


Wspomniana wcześniej biblioteka od głównego wejścia. Przy okazji widziałam wywiad z jakąś parą, który był filmowany. Pewnie do jakiegoś dokumentu, albo wiadomości :) Była akurat pora lunchu, więc ludzie zajmowali wszelki kawałek zieleni przy bibliotece, odpoczywali, leżeli na trawie, jedli swoje kanapki.


Disney Concert Hall widziany z Grand Ave.

Los Angeles Times!


City Hall. Centrum Los Angeles. Piękny, duży park. Znowusz była pora lunchu, więc były stoiska, ludzie zajmowali cienie pod każdym drzewkiem, leżeli na trawie, spotykali się rozmawiali. W ogóle po drodze widziałam dużo ładnych parków. Na prawdę jest co robić w centrum.

Zbliżamy się do celu.
Brama do Chinatown!

Miasteczko ciagle sie rozwija. Powyżej budowa tradycyjnego budynku w stylu chińskim :)

Weszliśmy do jakieś restauracji. Ja miałam Vegetable chow main (makaron nie wiem jaki ale przypominał udon z warzywami) i dla nas obu jeszcze zamówiłam chicken egg roll, chyba za dużo, bo sama danie głównego było spore, ale uwielbiam te ich egg rolsy :) Mój mąż miał wieprzowinę z ryżowym makaronem, nie wiem jak się nazywało. Do tego kawa mrożona a ja zamówiłam tajska herbatę z boba. Zdziwiło mnie że była taka pomarańczowa, ale dobra, nie za słodka ;) Swoja droga boba to sa te kulki czarne, które widać na dnie. Do końca nie wiem jak wytłumaczyć co to jest, ale jest to cos w stylu twardej galaretki, bardzo to lubię. Hm.. to jest coś w stylu tapioca :) gumowe, fajne :) Jak znajdziecie boba w Polsce to spróbujcie :)

Data założenia Los Angeles. Olvera Street - pierwsza dzielnica hiszpańskich kolonistów. Osadnicy stworzyli osadę (wiem jak to brzmi :P) zwaną pueblo nazwane na cześć "Matki Bożej Królowej Aniołów". Ich pochodzenie było głównie afrykańskie, indiańskie i Europejskie. Po wojnie amerykańsko-meksykańskiej Los Angeles zostało częścią USA dopiero w 1847 roku.

Cmentarz tuż obok pueblo. Nie było nagrobków, po prostu roślinność oddzielona. Około 693 pierwszych rezydentów Los Angeles zostało tu pochowanych.


Powyżej również bardzo stary budynek. Jeśli dobrze widać z 1880r.

jeszcze widok na ulicę. Uwielbiam oglądać miasto z wiaduktu :D

City Hall z drugiej strony "United States Court House". W okolicach City Hall były sądy i Jak widac jeden z nich był również przyłączony do City Hall. Kiedy mijaliśmy sąd po drugiej stronie ulicy, ludzie czekali na zewnątrz na rozprawę. Przeważała liczba meksykanów.

Tu na szybko grafiki na ścianie :) Wcześniej również były piękne graffiti o tematyce afrykańskiej, ale kurka zdjęcia nie machnęłam :)


Szybki widok na Broadway Street. Piękna ulica. Piękne budynki!

O jednak są :) Wiadukty poziomowe :)
Ale I tak to jeszcze nie są te najwyższe. To zdjęcie już robiłam za późno :P

Podsumowując: miastem jestem zachwycona. Wiadomo nie wszędzie jest idealnie, tez znajdujemy śmieci w parkach, przy jezdni (kara za śmiecenie $1000). Każde miasto ma swój urok i Los Angeles też! W końcu jedno z największych miast świata. Każda dzielnica jest inna. W Hollywood będziemy czuć się inaczej niż w downtown. Miasto jest ogromne i... płaskie. Wieżowce to tylko to skupisko w centrum. Wielu jak przyjeżdża do LA jest rozczarowanych "że na filmach to wyglądało inaczej", bo wiadomo, kamera nie obejmie tego co my widzimy. Ale to nie ma znaczenia. Wieżowce robią wrażenie, ale mnie osobiście bardziej "ruszają" stare budowle szczególnie, kiedy wieżowiec to prostokąt (niektóre z nich miały ciekawe kształty oczywiście).

Jeszcze jedna sprawa, która mnie bardzo mocno poruszyła. Bezdomni. Widok okropny. Za każdym razem kiedy jakieś mijaliśmy dostawałam szoku. Widocznie moja psychika jest na to za słaba. Niestety, można ich było spotkać wszędzie, szczególnie kiedy szliśmy Broadway'em. W parku przy City Hall jak wspomniałam ludzie normalnie spędzali czas a na trawie, na słońcu (było ponad 30 stopni C!) leżał człowiek, poubierany we wszystko co ma. I tak kilka godzin. I co tu zrobić? Nikt nie może nic zrobić.. Bądź nie chce. Ogólnie to czuło się, że miasto jest niebezpieczne. Przechodząc obok kogoś podejrzanego automatycznie miałam oczy dookoła głowy. Nie wspomnę jak niebezpiecznie musi być nocą! Kiedy mijaliśmy mniejsze sklepy ludzie wychodzili i zachęcali, aby coś u nich kupić. Zatem, jeśli ktoś wybiera się na zwiedzanie LA należy trzymać się tylko większych ulic, gdzie jest więcej ludzi i nie daj Boże skręcać w jakieś uliczki. Nigdy nie wiadomo kto może mieć broń.
Na koniec jeszcze jedna sytuacja. Kiedy czekałam na mojego męża i kręciłam sie w okolicach Bunker Hill Steps bardzo się wystraszyła, bo minęłam człowieka (normalny facet tez było widać, że po prostu się kręcił), który po chwili się zatrzymał i kątem oka widziałam, ze sie na mnie patrzy. Ja w panikę idę przed siebie prosto powolutku szybciej. Facet się do mnie dwukrotnie odezwał, coraz to głośniej to mysle, nie będe udawać głupka. Przedstawił mi się, spytał się skąd jestem (acent), co tu robię itd. Wiecie co sie okazało? Zaczepił mnie tylko po to, aby powiedzieć mi, ze jestem bardzo piękna xD Była wtedy pora lunchu, a on pracował gdzieś w firmie obok. Powtórzył trzykrotnie, ze jestem bardzo piękna, że się cieszy i pożegnał, bo musiał wracać. Więc jak widać, może nie musimy się tak wszystkich bać, ale ostrożności nigdy za wiele (sytuacja miała miejsce w centrum downtown to też inna bajka).

Mam nadzieję, że relacja Wam się podobała :) Notkę publikuję teraz (czyli później :P), ale powstała ona dzień po zwiedzaniu, więc jest "na świeżo" :) Jeśli przypomni mi się coś ciekawego, napisze to w kolejnej notce.

Pozdrawiam Was serdecznie!

środa, 12 marca 2014

Moje sposoby na naukę języka angelskiego

Dzisiaj chcę Wam przedstawić sposoby, przez które najszybciej i najskuteczniej nauczyłam sie języka angielskiego. W związku z tym, że jest to podstawa funkcjonowania w jakimkolwiek kraju za granicą, bo wiadomo, że po angielsku dogadamy się prawie wszędzie.

1. Pierwszy, niezawodny sposób do nauki słówek to fiszki. Nie ma nic gorszego dla mnie jak czytanie listy słówek i uczenie się ich na pamięć. Jestem wzrokowcem i karteczki, po jednej stronie ze słówkiem po polsku, po drugiej po angielsku, są najszybszym sposobem. na naukę słówek.

2. Aby utrwalić to, czego się nauczyliśmy najlepiej jest prowadzić rozmowy po angielsku. Ja od zawsze lubiłam język angielski, ale to czego się nauczyłam po niedługim czasie uciekało mi z głowy, gubiłam się w zdaniach, bądź nie budowałam ich poprawnie. Przełom nastąpił, kiedy weszłam na czaty angielskie. Na TYM czacie można znaleźć całkiem fajne osoby do pogawędki, ale jak zawsze należy uważać, bo wszędzie czają się.. no żeby ładnie to ująć - nienormalni :) Jeśli macie smartfona możecie zainstalować aplikację LINE, to jest komunikator, można pisać i prowadzić rozmowy, jest to coś typu Skype. Wyszukujemy sobie osoby, może się zdarzyć tak, ze ktoś w opisie będzie miał, że chce porozmawiać po angielsku. Zamiast robić listę czatów najlepszym pomocnikiem będzie kto? Wujek Google :) Tak naprawdę trzeba szukać odpowiedniego czatu, bo jednej osobie będzie on odpowiadał, a drugiej nie, poza tym towarzystwo tez się zmienia i tam gdzie kiedyś byli fajni ludzie do pogadania dzisiaj trafią się wariaci :) Oczywiście, po rozmowach pisanych warto też dzwonić na skypie i ćwiczyć słuchanie rożnych akcentów. Jeszcze jedno, jeśli jesteście początkujący, ważne żebyście szukali native speakerów. Jak traficie na kogoś na niskim poziomie, wyrządzicie sobie krzywdę, ciężko jest się pozbyć złych nawyków.

3. Aby nie było zawsze łatwo i przyjemnie, niestety trzeba posiedzieć trochę nad gramatyką i rozwiązywać ćwiczenia. Ja mam "gramatyką angielską dla zaawansowanych" Macieja Mataska; Handybooks wydawnictwo językowe. Książka jest bardzo dobra, jak sie porządnie do niej przyłożycie, poprosicie nauczyciela, aby wyjaśnił wam kilka niejasnych rzeczy, to to czego się nauczyliście na pewno zostanie na długo.

4. Oglądajcie telewizję, a najlepiej zagraniczne wiadomości. Jeśli macie dekoder, nc+, polsat czy cokolwiek, na wyższych kanałach na pewno znajdziecie BBC, CNN lub NHK World, który bardzo lubię. Są to japońskie wiadomości (po angielsku oczywiście), różne akcenty, bardziej azjatyckie i do tego puszczają ciekawe dokumenty.

Niewiele, a tak wiele. Są to niby oczywiste rzeczy a nadal spotykam się z pytaniami jak tego angielskiego się uczyć, znam osoby, które pomimo nauki i tak nie czuja się dobrze w rozmowach, pisaniu, słuchaniu.
Zatem powodzenia!

Ps. A wy jakie macie skuteczne sposoby na naukę?

sobota, 1 marca 2014

Różnice, które zauważyłam po przyjeździe do Stanów, cz. 2.

Postanowiłam dodać kolejną część "różnic" dzięki waszym komentarzom. Jeśli jest coś co chcielibyście wiedzieć, albo chcielibyście abym o czymś napisała na blogu, śmiało dajcie mi znać w komentarzach, jestem otwarta na wszelkie sugestie, bo przecież ten blog jest dla Was. Chcę Wam tez podziękować za "lajki", za odwiedziny i komentarze. Mam również nadzieję, że zainteresowanie powoli będzie sobie wzrastać :)

1. Układ pomieszczeń.
W typowym amerykańskim domu układ pomieszczeń jest podporządkowany jednemu wzorowi. Mnie się on bardzo podoba. Oczywiście na pewno są inne rozmieszczenia pokoi, ale odnoszę wrażenie, że ten to jest taki podstawowy. Wracając, kuchnia jest połączona z salonem, bądź przedzielona ścianą, generalnie zawsze jest ona obok bardzo dużego salonu. Do pokoi i sypialni prowadzi korytarz i są one rozmieszone w jednym skupisku pokoi, więc można powiedzieć, ze są dwie strefy: kuchnia, salon, jadalnia i pokoje, łazienki, sypialnie. Mnie się ten układ podoba. Jeśli chcemy odpocząć to idziemy do pokoju i hałasy z domu do nas nie docierają.
W przypadku domów piętrowych sypialnie są zazwyczaj na górnym piętrze, a kuchnia i salon na dole.
(minimalisty.com)
Udało mi się znaleźć plan podobny do opisu. Aby dokładnie sie przyjrzeć musicie powiększyć obrazek. Jeszcze jedna rzecz. W amerykańskich domach również popularne są nawet jakby osobne małe pokoje na ubrania. Czasami jest to rozsuwana szafa a czasami własnie taki pokój. Powyższy plan jest całkiem fajny, podobał by mi się taki dom, wydaje się duży a w szczególności kuchnia! Uwielbiam duże kuchnie!

2. Kominek.
Jest zawsze w salonie. Jeszcze nie widziałam domu na sprzedaż (przeglądam sobie strony real estate z ciekawości) aby nie było kominka. Jest on wbudowany w ścianę i jest otwarty, w Polsce popularne sa kominki taki postawiane, kupuje się je i montuje kiedy chce, w USA sa one od nowości domu, są bardzo ładne obłożone kamieniem i jest na nie mnóstwo pomysłów. Kolejna rzecz, którą bardzo lubię w amerykańskich domach.

3. Domy budowane ze sklejki.

Udało mi się zrobić zdjęcie budowy, chyba jakieś bloki mieszkalne. Jak widać są budowane z drewna. I jakby sie przyjrzeć materiałom to rzeczywiście jest to sklejka! Ściany w domach są miękkie, można z łatwością wbić w nie szpilkę, są głuche jak się w nie uderzy i niestety nietrwałe. Łatwo przez nie słychać rozmowy i łatwo je rozwalić kopnięciem :D Na pewno natknęliście się kiedyś na film, ale jakiś głupkowaty filmik nakręcony przez amerykanów, gdzie z łatwością rozwalają ścianę kopnięciem bądź pięścią.

4. Parkowanie samochodu na ulicy obok domu.
Kiedy tu przyjechałam rzuciło mi się to w oczy. Wiem, że w Polsce tez tak czasami jest, ale tutaj w związku z tym, że Amerykanin posiada dwa lub więcej samochodów to mogą się one nie mieścić nawet na podwórku. Są z reszta na to dobre warunki. Ulice są na prawdę bardzo szerokie i nawet jeśli po obu stronach stanie równolegle zaparkowany samochód to i tak pozostaje wystarczająco miejsca dla ruchu drogowego. Poza tym, jeśli żyjemy na normalnym osiedlu (nie mówię tu o niebezpiecznych dzielnicach, albo miastach gdzie przestępczość jest na prawdę wysoka) nie musimy się obawiać, że ktoś porysuje nam samochód, pomaluje czy ukradnie. Tutaj listonosz zostawia przesyłkę pod drzwiami i nikt nam jej nie zwinie. Tak samo, czasami bardzo ważne dokumenty są przesyłane pocztą a wiadomo nam już, że skrzynki pocztowe nie maja kluczyka, hasła, kłódki.

5. Prawie całkowity brak rowerzystów, przechodniów - jedynie kolarze, sportowcy.
Tak, w Ameryce rządzi samochód. Tu gdzie ja mieszkam na prawdę przechodzień jest rzadkością. Głównie są to ludzie, którzy uprawiają sport, kolarze, biegacze. Jednak z czasem wcale sie temu nie dziwę, gdyż odległości sa tu ogromne i nie da się funkcjonować w USA bez samochodu, do tego wiadomo, wszystkim się zawsze spieszy. Kiedy tu przyjechałam i wyszłam trochę pospacerować to na prawdę czułam sie dziwnie, bo było tak pusto! Jednak w dużym mieście sprawy maja się inaczej faktu tego, że nie ma miejsca na auto a ludzie dojeżdżając tam pociągiem.

6. Życzliwość ludzi, otwartość.
Zawsze i wszędzie kiedy zaczynamy rozmowę pada pytanie "Jak się masz?", kiedy idziemy na spacer obcy ludzie się z nami witają, kiedy idziemy do jakiegokolwiek sklepu, korzystamy z jakiś usług i gdy np. jest sytuacja, że musimy na cos chwilkę poczekać zawsze prowadzimy ze sprzedawca pogawędkę. Tak, podoba mi sie otwartość amerykanów, sama tez powoli się na to otwieram, to jest dobry nawyk tym bardziej, ze należę raczej do osób nieśmiałych, nieufnych czy powściągliwych. Jednak, powiem szczerze, ze w niektórych sytuacjach ta uprzejmość jest udawana i da sie to wyczuć, ale w większości przypadków jest to bardzo miłe i jakakolwiek "spina" znika :)

7. Reklamy w telewizji.
Narzekacie na reklamy na TVN'ie czy Polsacie? Lepiej im podziękujcie, że jest ich tak mało! Ja telewizje oglądam tylko kiedy muszę (rozumiecie, igrzyska olimpijskie). Wiodące kanały puszczają reklamy co 10-15 min. Jest to bardzo irytujące. Nawet podczas igrzysk było ich za dużo jak dla mnie, a marudą nie jestem na co dzień! Jeden jedyny raz udało mi się obejrzeć stary film typu western, praktycznie bez reklam, ale to była typowa stacja z filmami.

8. Flagi USA przy domach.
Uwielbiam patriotyzm amerykanów. Wywieszają flagi w zwykły dzień, nie od święta, czasami wiszą cały rok, albo mniejsze flagi są wbite przed dom w doniczkach. Kochają swój kraj i m.in. pokazują to w ten sposób. Szkoda, ze w Polsce tak nie jest. Pewnie gdyby ktoś wywiesił flagę ot tak, ludzie zaczęliby się zastanawiać czy przypadkiem nie jest jakieś święto. Jeśli jesteśmy przy flagach wspomnę również o prawie. Prawo jest święte. Nawet, jeśli tyczy się małej rzeczy typu "nie wchodzić na teren przy rzece - zabronione przez prawo" amerykanie traktują tą frazę bardzo poważnie i rzeczywiście zauważyłam, że wszędzie jest porządek! Wszystko pięknie funkcjonuje, bo każdy przestrzega zasad. Przepraszam, wiadomo, ze wszędzie trafi sie ktoś kto je łamie, ale jest to mniejszość bynajmniej gdzie ja mieszkam. Są miasta i dzielnice to oczywiste.

9. Urzędy.
Ostatnia rzecz. Nie jest różnica to, ze sa kolejki, bo tu w południowej Californii są one ogromne! NA pewno większe niz w innych miejscach. Kolejka w DMV (tam gdzie wyrabiamy prawo jazdy, ubezpieczamy samochód itp.) ciągnęła sie przez cały parking nie inaczej było z kolejką do urzędu, takiego ogólnego, ale co podobało mi sie najbardziej i co mogę nazwać różnicą? Otóż ten panujący tu porządek. Bierzemy numerek i ustawiamy sie w kolejce, zdarza sie że staniemy w zlej kolejce, ze maszyna źle wygeneruje nam numerek, nie ma sie czego obawiać, jest ochroniarz, on nam wszytko wytłumaczy i pokieruje w odpowiednie miejsce. Do tego pan ochroniarz jest bardzo, że tak powiem... konkretny. Nie bawi sie z rożnymi delikwentami. Powie raz " proszę się zatrzymać; proszę krok w tył" uprzejmie, ale stanowczo, jeśli jednak będziemy chcieli zadać pytanie lub podejść bliżej kiedy uprzednio zostaliśmy poinformowani o tym, ze mamy poczekać na swoja kolej cierpliwie to pan ochroniarz nie jest już taki miły. Byłam już raz w centrum takiej sytuacji gdzie ktoś prowadził taka niepotrzebna dyskusje z ochroniarzem i powiem szczerze, że bałam sie trochę o swoje zdrowie, gdyż akurat stałam pomiędzy dyskutującym a ochroną. NA szczęście wszystko skończyło sie dobrze :)

Tak to własnie wygląda z mojego punktu widzenia :)
Pozdrawiam Was serdecznie z deszczowej (?) i burzowej (?) Californii!

czwartek, 20 lutego 2014

Zwierzątka, jakie spotkałam, bądź mogę spotkać w mojej okolicy :)

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić wybrane stworzonka, które zamieszkują południową Kalifornię. Niektóre z nich udało mi się zobaczyć, niektórych nie chcę widzieć.

Najpierw jednak chciałabym Was poinformować, że powstał fanpage na facebooku. Długo się wahałam, aby go stworzyć, jednak była to dobra decyzja. Dziękuję wszystkim za odwiedziny i komentarze! Zachęcam do polubienia strony (po prawej stronie bloga widzicie przycisk "Lubię to!"). Jeśli spodobał Ci się mój blog, będzie mi niezmiernie miło jeśli powiesz o nim swoim znajomych. Na prawdę cieszy mnie każdy komentarz i odwiedziny. Dzięki! :)

1. Kolibry.
Unikatowe zdjęcie moje autorstwa :) Pierwszy raz i póki co jedyny, udało mi sie zobaczyć Kolibra. Bardzo trudno było zrobić mu zdjęcie, na prawdę szybko lata! Jednak udało się i ten oto okaz jest zaznaczony czerwonym kółkiem na zdjęciu :)
Czekam do lata, w tym okresie mogę je spotkać na podwórku, moje szanse sie zwiększają, gdyż mamy podobne kwiaty jak na zdjęciu.

2. Tarantule.
Pisząc to aż mnie ciarki po plecach przechodzą. Pozwólcie, że dodam tylko link, nie chcę jej codziennie oglądać na blogu ;) Na szczęście nie udało mi się zobaczyć dzikiej tarantuli, widziałam jedynie w sklepie i to niewielkich rozmiarów.
Tarantule zazwyczaj chowają się w norach w ziemi, mimo że mieszkam na terenach po pustynnych, w moich okolicach nie ma ich tak wiele, ostatnio była widziana jakieś 2 lata temu na drugiej stronie ulicy, jednak jeśli pojedziemy kilka mil w kaniony to tam trzeba uważać. Są miejsca, gdzie ludzie musieli się wyprowadzić, gdyż nie mogli ich się pozbyć z domów. Na szczęście, jeśli tarantula pojawia się w domu, najczęściej przebywa w ciemnych i chłodnych garażach, rzadko wchodzą do pokoi, ale znając amerykański układ domów (garaż połączony z domem) ja preferuję zachowanie większej ostrożności.
Tarantula gryzie i jest to bolesne aczkolwiek nigdy nie atakuję póki nie jest do tego sprowokowana - jak każdy pająk. Nie natknęłam się na śmiertelne przypadki ugryzień, jad tego gatunku nie jest tak groźny dla człowieka, jednak zawsze warto udać się do lekarza po ugryzieniu.

3. Jaszczurki.
Często widuję je na podwórku. Ta jest akurat dosyć mała, ale czasami potrafię spotkać na prawdę ogromne okazy!

4. Kojoty.
(źródło: www.true-wildlife.blogspot.com)
Można je łatwo spotkać korzystając z jednej z wielu tras rowerowych. Jadąc w stronę kanionu szanse sie zwiększają. Jeszcze ich nie spotkałam i mam nadzieję, ze to nie nastąpi. Nie chciałabym, aby takie zwierzę zaczęło mnie gonić ;)

5. Skunksy.
(źródło: www.northrup.org)
Słodkie, prawda? Za to posiadają niebezpieczną broń... chyba nie muszę tłumaczyć jaką :) W okresie letnim jest ich mnóstwo, często przechadzają sie po podwórku, no to czekam do lata :)

6. Szopy pracze.
(źródło: wikipedia.pl)
Kolejne słodkie stworzenia :) Nie znam żadnej historii na temat tych stworzeń. Częściej można je spotkać w miastach plądrujące śmietniki.

7. Grzechotniki.
(źródło: 123rf.com)
Z tym stworzeniem również należy bardzo uważać. Niejednokrotnie przy ścieżce dla pieszych widziałam tabliczkę z napisem "nie wchodź dalej: grzechotniki, tarantule.." itd. Czasami można ich w ogóle nie zauważyć, gdyż ich ciało zlewa się z szara ziemią. Mnogość niebezpiecznych stworzeń w Californii jest bardzo uciążliwa dla kogoś, kto lubi chodzić po dzikich terenach i szukać fajnego miejsca na zrobienie zdjęć.

8. Lwy górskie
Nie zamieszczam zdjęcia, bo nie chcę wstawić fałszywego, np. z afryki ;) Te osobniki można spotkać rzadziej niż kojoty, jednak znam historie, gdzie znowusz jadąc rowerem kilka osób na takowe zwierzęta trafiło.

9. Krykiety
(fcps.edu)
Jest ich masa. Pełno w garażu, na strychu, siedzą w jakiś zakamarkach w domu, gdzie nie da się ich fizycznie znaleźć, jedynie słychać. Pewnie siedzą gdzieś za ścianą. Kilka razy miałam je w pokoju, jednak nie grały tak mocno, na szczęście. Kiedy jest cieplejsza noc wszystkie się odzywają. Mnie osobiście nie przeszkadza ich gra, nawet szybciej pozwala zasnąć. A gra krykietów i wysoka temperatura zawsze kojarzyła się z tropikami. Mnie pasuje :)

10. Czarne wdowy.
(http://socalpestadvice.com/)
Znowu te pająki... Kolejny gatunek, który wiem, ze może być groźny dla człowieka, jednak jest on o wiele gorszy niz tarantula, mimo ze rozmiarami mu nie dorównuje. Jest bardzo mało śmiertelnych przypadków, ale są. Zazwyczaj po ugryzieniu objawy same przechodzą, jednak wg mnie zdecydowanie lepiej udać się do lekarza. Samego ugryzienia można nie poczuć jednak po 30 min. pojawiają się duszności, słabości, zaczyna mdlić, podwyższona temperatura i miejsce ugryzienia zaczyna swędzieć. Jad uszkadza zakończenia nerwowe, może powodować nieodwracalne zmiany w organizmie. Na szczęście one, podobnie jak tarantule, lubią chłodne, ciemne miejsca, jak garaże, ale trzeba uważać, np. zakładając buty czy nie siedzą w środku, szukając po ciemnych szafach z ubraniami czy róznymi tak zwanymi "klamotami". Sa małe więc można ich nie spostrzec. Atakuja kiedy sa do tego sprowokowane, np. zagniatane podczas zakładania buta ;)
Ja widziałam podobnego pająka do tego ze zdjecia, jednak nie jestem pewna czy to była czarna wdowa. Wszytko było identyczne, ale na ciele nie miał czerwonej plamki, ale kilka brązowych w linii ciągłej. Może to był młody osobnik, może inny gatunek? Na szczęście nie miałam fizycznego kontaktu, spostrzegłam go w ostatniej chwili, ale oczywiście panika się załączyła. Na przyszłość wiem, że dotykając jakieś mocno opajeczone i zakurzone przedmioty należy byc bardzo uważnym.

California jest piękna, ocean, góry, palmy... Ale coś za coś :)
Pozdrawiam :)

czwartek, 13 lutego 2014

Zakupy spożywczo - kosmetyczne - akcesoriowe :)

Tak sobie myślę, temat trochę dziwnie brzmi, no ale wszyscy wiemy o co chodzi :)
Dzisiaj chciałabym podzielić się z wami kilkoma produktami, które kupiłam tu w stanach. Niektóre produkty mogą być łatwo dostępne w Polsce, kupiłam je dlatego, że nie chciałam od początku eksperymentować, a kupić coś co znam i co wiem, że nie wyszkodzi mi krzywdy na skórze. Zamieszczę kilka zdjęć wybranych produktów, które kupiłam do tej pory (duża ich część została dawno zjedzona :))


Balsamy do ciała ze sklepy Bath & Body Works. Szukałam jakiegoś tutejszego kremu, który skutecznie nawilży moja skórę i jej nie podrażni, gdyż jest bardzo sucha. Jestem bardzo zadowolona z tych kremów. Są delikatne, pięknie pachną (zapach utrzymuje się bardzo długo, nawet po kilkukrotnym umyciu rąk!), są wydajne i przede wszystkim szybko się wchłaniają, i po użyciu nie pozostaje uczucie tego kremu np. na dłoniach. Jest ogromny wybór zapachowy. Sklep oferuje również płyny do kąpieli, zele pod prysznic, perfumy, mgiełki, świeczki, itp. Można zrobić dobry zakup na wyprzedaży poświątecznej itp. Spodziewam sie tez czegoś po walentynkach, mam jeszcze kupon do wykorzystanie. Kupuje jeden produkt drugi wybieram za darmo. Jestem bardzo zadowolona i również polecam.
Dodam jeszcze, że krem 236 ml jak i płyn do kąpieli lub żel kosztują $12,50 bez taxu. Myślę, że nie jest tragicznie jeśli chodzi o dobra pielęgnacje skóry tym bardziej, że jest wydajny. W Polsce tez kupowałam kremy lepsze ze średniej półki cenowej.
Komplet błyszczyków kupiony w Costco. Myślę, ze to też dobry zakup. Jeden kosztuje ok $4, kupuje sie je w zestawie. Do wyboru ten zestaw kolorów oraz kolory "nude" czyli bardziej "cielesne". Osobiście wole ten zestać. Błyszczyki są wodne, nie kleją się, kolor jest widoczny, ale nie jest ostry. Różowy i brązowy od lewej nadają sie na co dzień za to pozostałe na wyjście gdyz ten kolor jest juz bardziej widoczny na ustach, ale tak jak mówię nie jest przesadny i nie nienaturalny. Jestem zadowolona, gdyż myślę, że nie sa to drogie kosmetyki a są dobre. Wychodzę z założenia, że aby kupić dobry kosmetyk trzeba zapłacić więcej, ale niekoniecznie musi tak być. Mój pierwszy błyszczyk kupiony tu w Stanach  marki "wet n wild" to była totalna porażka. ok. $1.5. Zgubiła mnie cena. Błyszczyk od razu dosłownie wżerał się w usta, a potem nie dało sie go zdjąć, usta piekły i bolały. Później odkryłam "made in china" czego więc sie spodziewać. Zatem uważajcie na kuszące niskie ceny.
NA tym zdjęciu widać ten niefortunny błyszczyk (drugi od lewej). Sa tu kosmetyki, które kupiłam po przyjeździe. Od lewej pomadka, krem do ust. Nawilża, łagodzi a do tego jest z mięta, więc przyjemnie chłodzi, kupiony w japńskim sklepie zapewne (dostałam go od teściowej). Później błyszczyk o którym pisałam, następnie krem do twarzy Neutrogena, delikatny jednak ostatnio nie chcę mi sie dobrze wchłaniac, ale myślę, że problem tkwi w mojej skórze (po diamentowym ścieraniu naskórka kremy momentalnie znikały a juz troche czasu od tego zabiegu minęło, ale to moze w innej notce), kulka pod pachy z Trader Joe's. Bezzapachowy. I balsam do ciała, który sprawdził sie niestety tylko na dłoniach, resztę ciała podrażnia, szczególnie nogi, ale wiadomo, każdy ma inna skórę.
Szampon do włosów Dove wszyscy znają, ja go uwielbiam. Obok żel pod prysznik. Oba produkty kosztowały mnie ok. $10. Wybierałam najtanszy zel pod prysznic z największa pojemnością, i mimo że był najtańszy jaki w "Target" spotkałam jest bardzo dobry. Na opakowaniu pisze "compare to Dove" Czyli możliwe, że wiele sie nie rózni od żelów pod prysznic Dove, które były droższe. 
Po lewej plastry grzejące. Wcześniej nie miałam takich a używałam jedynie termosów. Fajnie rozwiązanie, kupione bodajże w japońskim sklepie Daiso. Długo grzeją i są baaardzo przydatne.
Maska do twarzy. Prawdę mówiąc spodziewałam się papki, która nałoże na twarz, ona mi zaschnie i ja zdejmę, ale w środku był jakby wacik z wyciętymi oczami i ustami, które zupełnie nie pasowały do mojego układu twarzy. Bardzo jest maska nasączona i cała woda po mnie spływała. TAk skóra była odżywiona, ale ja nie lubie takiej formy.

Tutaj szaleństwo. Oryginalne perfumy DOT Marc Jacobs (projektant mody). Nigdy nie miałam oryginalnych perfum, zawsze zadowalałam się jakimis wodami, które szybko sie ulatniały, mimo że pachniały super (Sunflowers Elizabeth Arden mój ulubiony zapach, jednak własnie szkoda, ze szybko znikał, ale i tak był trwalszy od innych. Zawsze kupowałam na promocji w rossmanie za 30 zł, 30 ml. Chyba nie jest źle). Perfum DOT ma 100ml. Kupiłam go korzystając z karty podarunkowej. Zapach jest delikatny, okreslany jako płaski, ale mi sie podoba, nie jest za ostry wiec moge go używać wszędzie. Do perfumu dostałam kosmetyczkę (kupując np. przez internet jej nie dostaniecie), która jest bardzo fajna. Nie za duża a idealna na moje kosmetyki, łatwo można w niej coś znależć a drogne rzeczy nie uciekną w zakamarki. Jeszcze wrócę do perfum, czyż flakonik nie jest uroczy? :)

Jeszcze jedna moja uwaga. Rozumiem, że w sklepach kosmetycznych podchodzi pracownik, opisuje produkt i podaje pronmocje itd. ale bardzo irytuje mnie to, że każdy produkt jest dla pracownika "fantastyczny", on "uwielbia ten zapach" i w ogóle jest cudowny. Chcą zdobyc klienta, no ale bez przesady. W Polsce jeszcze spotykałam sie z negatywnymi albo neutralnymi opiniami pracownika co szanuję. 

Za poradą jednego z użytkowników forum wybrałam się do Big Lots w poszukiwaniu Polskiego jedzenia i co znalazłam? Sałatkę ogórkową, rózne surówki i pikle. Smakuja jak Polskie, łatwo dostepne i blisko, więc ciesze się, że mogę łatwo kupić coś polskiego jak zatęsknię. Spodziewałam sie tylko sałatek, ale trafiłam na Polski dżem. Co ciekawe na opakowaniu nie ma amerykańskiego dystrybutora, pomimo angielskiej nalepki produkt jest prosto z Polski.

Wiem, wiem, chipsy to zło, ale ja nie mogłam sie powstrzymać od spórbowania tortilla chips, których nigdy nie jadłam no a trzeba sie otwierać na amerykańskie produkty. Jednak nie podam wam opinii, bo jeszcze leżą nieotwarte (czekam na weekend konsumpcyjny z mężem ;)). Te drugie to nie mój wybór. Spróbuję, ale boje sie ogromu składników jakie w nich są. (W tortilla w składzie są: biała kukurydza, olej, sól. Bez glutenowe, bez tłuszczów trans).

Wiem, wiem kolejne zło kupiowe w Ralph's. Mój wybór: babeczki z kremem. Dobry krem (lepiej zeby był jednak schłodzony , ale można go trzymać poza lodówką), babeczka miękka, nie krucha (jak juz poprzednio pisalam tu duzo wyrobów cukierniczych jest miękkie). Ogólnie ok, ale bardzo kaloryczne i podejrzewam, że skład nie jest super naturalny. Zółtke ciastka to wybór męża. sa dostępne w różnych kolorach, ale smakowo sie nie różnią. Dobre raz na jakiś czas, jak dla mnie trochę przesłodzone, zadowolę sie jednym ciachem kiedy na prawdę potrzebuje dostarczyć dużo cukru ;)

Okulary za $10. Sa wygodne i pasuja do mojej twarzy. Długo szukałam dobrych dla siebie, nie pamiętam jak sklep sie nazwywał, ale był w Irvine Spectrum, sklep z bizuteria, dodatkami, duża ilośc kryształków swarovskiego.
Zestaw kolczyków i naszyjnik tez były kupione w zestawie "kup 2 weź 2 za free", albo "$5 za dwa", nie pamiętam które to było, ale opłacało sie kupić :) 
Na koniec darmowy miesięcznik, który zawsze chwytam po zakupach w Mitsuwa. Co prawda przeważają reklamy, ale mozna trafić na ciekawe japońskie przepisy, bądź artykuły, np. wywiady z osobami, które przeprowadziły sie do Japonii i mieszkają tam kilka lat bądź miesięcy.

Notka wyszła dosyć obszerna, mam nadzieję, że sie podobalo.
Pozdrawiam!

Edycja: Jeszcze jedna rzecz, o której chciałam tutaj wspomnieć odnosnie jedzenia. Ostatnio w Costco kupiłam masło orzechowe, ale to naturalne gdzie w składzie sa tylko orzechy i sól i powiem wam, ze jest to rewelacja, szczególnie z bułką :) Polecam naturalne masło orzechowe!