Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lipca 2014

Jedziemy autobusem!

Dzisiaj pragnę podzielić się z Wami jak wygląda jazda autobusem w USA.

Źródło: Internet

Zacznę od tego, że Ameryka słynie z kiepskich połączeń autobusowych. Z tego środka transportu można korzystać praktycznie tylko w dużych miastach i w większych County. Ja mam to szczęście, ze obecnie mieszkam w Orange County, które jest bardzo dobrze rozwinięte pod tym względem jak na standard Amerykański. Dużo zależy również od tego w jakie miejsce chcemy się dostać i ile jest przesiadek. Jeśli na naszej trasie pojawią się więcej niż jedna przesiadka to lepiej sobie odpuścić. W dni powszednie autobusy kursują co 35 minut a w weekendy co 60 minut. Zatem, jeśli autobus ma opóźnienie jedna przesiadka, również może zając sporo czasu. Nieraz było tak, ze doszłam na przystanek o odpowiedniej godzinie a i tak czekałam 20 min na autobus, więc różnie bywa. Bilet jednorazowy kosztuje $2. Można tez kupić bilet jednodniowy za $5, jest jeszcze bodajże tygodniowy, miesięczny. Bilet kupujemy u kierowcy, ma on taki automat i może nam wydrukować, np. "one-day pass" albo jak kupujemy bilet jednorazowy to wrzucamy do maszyny pieniądze. Bilet jednodniowy skanujemy. Kiedy pierwszy raz jechałam autobusem byłam trochę niedoinformowana i przy pierwszej jeździe nie miałam drobnych tylko banknot pięciodolarowy. Na szczęście kierowca był bardzo miły i pozwolił mi przejechać ten odcinek za darmo :) Bilet, ale to już raczej ten tzw. pass, można kupić również przez internet, otrzymać pocztą, czy tez odebrać w wyznaczonych sklepach spożywczych. Jest również możliwość otrzymywania wiadomości SMS o godzinach danej linii. Wysyłamy SMS jakie ramy czasowe nas interesują, jaki przystanek i jaka linia, i otrzymujemy trzy zbliżone pory kursowania.
Zastanawiało mnie też, gdzie są te przyciski "stop" przy drzwiach. Szukałam po całym autobusie czegoś podobnego, ale nie znalazłam i stwierdziłam, że zawsze trzeba po prostu wstać. Przy kolejnej podróży, kiedy "kierowczyni" ominęła mój przystanek, mimo że stałam tuz obok niej, wytłumaczyła mi, że należy pociągnąć za linkę, która wisi przy oknie. Przy tej pomyłce zyskałam przystanek obok domu, jednak Pani kierowca nie była zadowolona z tego faktu - ja tak :)

Jazda autobusem jest bardzo przyjemna. Siedzenia są wygodne, trochę szersze, niż te w Polskich autobusach miejskich. Jest klimatyzacja, bez której tutaj byśmy się ugotowali, i widok z okna o wiele lepszy niż z okna samochodu dlatego, ze wiadomo jest wysokie i na całej długości autobusu (widoki są tu piękne, szczególnie przy zachodzie słońca góry wyglądają fantastycznie). Autobus kiedy się zatrzymuje ma zanizaną podłogę, co jest ułatwieniem dla osób na wózku czy jak mama z dzieckiem chce wprowadzić wózek. Z przodku autobusu można umieścić rower na specjalnym szkielecie. Jedyne co bym tu ulepszyła to lepsza informacja o przystankach, magnetofon w autobusie informuje o kolejnym jednak nie pojawia to się na wyświetlaczu a mogłoby.

Jakoś podróży jest dobra, jednak myślę, ze system autobusowy nie dorównuje temu jaki jest np. we Wrocławiu lub Krakowie. Wiadomo, w USA wszyscy lub znaczna większość posługuje się samochodami i nie ma takiego zapotrzebowania na autobusy.

Jeśli macie jakieś pytania zadawajcie w komentarzach!

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wrażenia po wycieczce do Los Angeles - downtown (dużo zdjęć!)

Witam Was po dłuższej przerwie! Niestety mam ostatnio trochę mniej czasu na bloga, ale postanowiłam dla Was dzisiaj poświęcić trochę czasu i podzielić się moimi spostrzeżeniami po wycieczce do downtown w Los Angeles. Ci, którzy polubili moja stronę na facebooku wiedzą, ze całkowicie nie zniknęłam :) Zatem zachęcam do polubienia, jeśli chcecie być na bieżąco, tam dziele sie szybkimi ciekawostkami, zdjęciami :)

Na początku powiem, że mam mały niedosyt i na pewno wybiorę się do Los Angeles jeszcze nie raz, z reszta jest mnóstwo miejsc, które trzeba koniecznie odwiedzić. Moja wycieczka była krótka, gdyż mieliśmy dosyć mało czasu. Głównym naszym celem było załatwienie pewnej sprawy w downtown a zwiedzanie było miłym dodatkiem. Przyjechaliśmy autem, zatem parking tez mieliśmy do wyznaczonej godziny, więc na zwiedzanie było bardzo mało czasu a niektóre miejsca, które chciałabym zobaczyć (ciekawe nawet było przechadzanie się przypadkową ulicą) mogłam tylko zwiedzić "migiem", bądź tylko przechodem. Myślę ze najlepsza opcją byłoby dotarcie z rana pociągiem (swoja droga mam świetne połączenie) i zostać ile się tylko zapragnie.

Zacznę więc od początku. Na miejscu byliśmy ok godziny 10.00 rano. Poniżej zdjęcia z samochodu, gdzie z autostrady wyłaniały sie pierwsze widoki drapaczy chmur. Zaznaczę, że rannej mgły już nie było. Podejrzewam, że ta "chmura" pomiędzy budynkami to smog. Z reszta nawet tak wygląda. Wdech w piersiach zaparły mi też kilkupoziomowe autostrady, pod którymi przejeżdżaliśmy. Takich konstrukcji nigdy wcześniej nie widziałam. Niestety nie zdążyłam zrobić zdjęcia. Jedynie jednopoziomowej.
(kliknijcie na zdjęcie w ramach powiększenia)
.




Budynek poniżej jest najwyższym w Los Angeles.



Ten bardzo mi się spodobał :)


Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy parking. Kosztował nas on $30 w centrum downtown. A korzystaliśmy z niego jakieś 6 godzin. Tak jak wspomniałam wcześniej mieliśmy ograniczony czas i mogliśmy zostać tylko do 4.00 pm! Udaliśmy się na poszukiwania naszego punktu i o 11.00 am rozdzieliliśmy się. Mąż poszedł załatwiać sprawy a ja przez ok. godzinę dokładnie oglądałam okolice, czyli 5th street, Bunker Hill Steps, 4th street, Grand Ave. i Olive Street. Oczywiście nie po całych długościach, ale w okolicach. Lubie zagłębiać się w szczegóły przy zwiedzaniu. Zauważyłam, że na niektórych budynkach są małe przyciski i należy ich użyć w wypadku pożaru. Zaskoczyło mnie to, ale pozytywnie! Do tego prawie przy każdym budynku były jakby gwinty(?) od wody(poprawcie mnie jeśli się mylę). To tez coś innego niż to co widziałam w Polskich miastach. Te ulice były ładnego, ale bardzo nowoczesne. Kiedy przechadzałam się u stóp wieżowców budynki były płaskie. Później nieco widoki się zmieniły.




Bunker Hill Steps
 kurka dopiero teraz widze, ze nie mam zdjęcia z dołu (mam tylko ze mną, a chciałabym aby było czyste :P) Na wprost widać budynek, jest to Biblioteka Publiczna w Los Angeles.

Rzeźba przy skrzyżowaniu ulicy 4th street i Hope Street




California Plaza, też nie miałam czasu aby tam wejść :/


Jeszcze wspomnę o autobusach. Widziałam tylko jeden stary, który był autobusem szkolnym i nie wyglądał, aby był przyjazny środowisku. Reszta to były air-friendly, czyli pewnie na energie odnawialną.
z Olive Street było widać takie cudo!

starszy budynek na Olive Street

Od tego momentu już jesteśmy razem. Wracamy się na 6th Street na parking, aby odłożyć pewnie rzeczy i ruszamy w stronę Olvera Street i Chinatown, aby przy okazji coś zjeść. Bardzo byłam podekscytowana, aby chociaż trochę zobaczyć te miejsca (jak wcześniej wspomniałam niestety szczegółowo nie zdążyliśmy pozwiedzać, ale do nastepnego razu ;)). Pisałam prace maturalna na temat USA i w jednej książce Lisy See "Dziewczęsta z Sznghaju", którą wykorzystywałam do swojej pracy akcja toczyła się własnie w Chinatown i Olvera Street również była wspomniana. Bardzo mnie zaciekawiła wtedy ta książka, nie myślałam, ze będę w stanie kiedyś te miejsca zobaczyć ;)
Było już południe, straszny upał i słonce paliło głowę, na szczęście w Chinatown kupiłam sobie kapelusz od Chinki za jedyne $4, bardzo ładny swoją drogą :)


Wspomniana wcześniej biblioteka od głównego wejścia. Przy okazji widziałam wywiad z jakąś parą, który był filmowany. Pewnie do jakiegoś dokumentu, albo wiadomości :) Była akurat pora lunchu, więc ludzie zajmowali wszelki kawałek zieleni przy bibliotece, odpoczywali, leżeli na trawie, jedli swoje kanapki.


Disney Concert Hall widziany z Grand Ave.

Los Angeles Times!


City Hall. Centrum Los Angeles. Piękny, duży park. Znowusz była pora lunchu, więc były stoiska, ludzie zajmowali cienie pod każdym drzewkiem, leżeli na trawie, spotykali się rozmawiali. W ogóle po drodze widziałam dużo ładnych parków. Na prawdę jest co robić w centrum.

Zbliżamy się do celu.
Brama do Chinatown!

Miasteczko ciagle sie rozwija. Powyżej budowa tradycyjnego budynku w stylu chińskim :)

Weszliśmy do jakieś restauracji. Ja miałam Vegetable chow main (makaron nie wiem jaki ale przypominał udon z warzywami) i dla nas obu jeszcze zamówiłam chicken egg roll, chyba za dużo, bo sama danie głównego było spore, ale uwielbiam te ich egg rolsy :) Mój mąż miał wieprzowinę z ryżowym makaronem, nie wiem jak się nazywało. Do tego kawa mrożona a ja zamówiłam tajska herbatę z boba. Zdziwiło mnie że była taka pomarańczowa, ale dobra, nie za słodka ;) Swoja droga boba to sa te kulki czarne, które widać na dnie. Do końca nie wiem jak wytłumaczyć co to jest, ale jest to cos w stylu twardej galaretki, bardzo to lubię. Hm.. to jest coś w stylu tapioca :) gumowe, fajne :) Jak znajdziecie boba w Polsce to spróbujcie :)

Data założenia Los Angeles. Olvera Street - pierwsza dzielnica hiszpańskich kolonistów. Osadnicy stworzyli osadę (wiem jak to brzmi :P) zwaną pueblo nazwane na cześć "Matki Bożej Królowej Aniołów". Ich pochodzenie było głównie afrykańskie, indiańskie i Europejskie. Po wojnie amerykańsko-meksykańskiej Los Angeles zostało częścią USA dopiero w 1847 roku.

Cmentarz tuż obok pueblo. Nie było nagrobków, po prostu roślinność oddzielona. Około 693 pierwszych rezydentów Los Angeles zostało tu pochowanych.


Powyżej również bardzo stary budynek. Jeśli dobrze widać z 1880r.

jeszcze widok na ulicę. Uwielbiam oglądać miasto z wiaduktu :D

City Hall z drugiej strony "United States Court House". W okolicach City Hall były sądy i Jak widac jeden z nich był również przyłączony do City Hall. Kiedy mijaliśmy sąd po drugiej stronie ulicy, ludzie czekali na zewnątrz na rozprawę. Przeważała liczba meksykanów.

Tu na szybko grafiki na ścianie :) Wcześniej również były piękne graffiti o tematyce afrykańskiej, ale kurka zdjęcia nie machnęłam :)


Szybki widok na Broadway Street. Piękna ulica. Piękne budynki!

O jednak są :) Wiadukty poziomowe :)
Ale I tak to jeszcze nie są te najwyższe. To zdjęcie już robiłam za późno :P

Podsumowując: miastem jestem zachwycona. Wiadomo nie wszędzie jest idealnie, tez znajdujemy śmieci w parkach, przy jezdni (kara za śmiecenie $1000). Każde miasto ma swój urok i Los Angeles też! W końcu jedno z największych miast świata. Każda dzielnica jest inna. W Hollywood będziemy czuć się inaczej niż w downtown. Miasto jest ogromne i... płaskie. Wieżowce to tylko to skupisko w centrum. Wielu jak przyjeżdża do LA jest rozczarowanych "że na filmach to wyglądało inaczej", bo wiadomo, kamera nie obejmie tego co my widzimy. Ale to nie ma znaczenia. Wieżowce robią wrażenie, ale mnie osobiście bardziej "ruszają" stare budowle szczególnie, kiedy wieżowiec to prostokąt (niektóre z nich miały ciekawe kształty oczywiście).

Jeszcze jedna sprawa, która mnie bardzo mocno poruszyła. Bezdomni. Widok okropny. Za każdym razem kiedy jakieś mijaliśmy dostawałam szoku. Widocznie moja psychika jest na to za słaba. Niestety, można ich było spotkać wszędzie, szczególnie kiedy szliśmy Broadway'em. W parku przy City Hall jak wspomniałam ludzie normalnie spędzali czas a na trawie, na słońcu (było ponad 30 stopni C!) leżał człowiek, poubierany we wszystko co ma. I tak kilka godzin. I co tu zrobić? Nikt nie może nic zrobić.. Bądź nie chce. Ogólnie to czuło się, że miasto jest niebezpieczne. Przechodząc obok kogoś podejrzanego automatycznie miałam oczy dookoła głowy. Nie wspomnę jak niebezpiecznie musi być nocą! Kiedy mijaliśmy mniejsze sklepy ludzie wychodzili i zachęcali, aby coś u nich kupić. Zatem, jeśli ktoś wybiera się na zwiedzanie LA należy trzymać się tylko większych ulic, gdzie jest więcej ludzi i nie daj Boże skręcać w jakieś uliczki. Nigdy nie wiadomo kto może mieć broń.
Na koniec jeszcze jedna sytuacja. Kiedy czekałam na mojego męża i kręciłam sie w okolicach Bunker Hill Steps bardzo się wystraszyła, bo minęłam człowieka (normalny facet tez było widać, że po prostu się kręcił), który po chwili się zatrzymał i kątem oka widziałam, ze sie na mnie patrzy. Ja w panikę idę przed siebie prosto powolutku szybciej. Facet się do mnie dwukrotnie odezwał, coraz to głośniej to mysle, nie będe udawać głupka. Przedstawił mi się, spytał się skąd jestem (acent), co tu robię itd. Wiecie co sie okazało? Zaczepił mnie tylko po to, aby powiedzieć mi, ze jestem bardzo piękna xD Była wtedy pora lunchu, a on pracował gdzieś w firmie obok. Powtórzył trzykrotnie, ze jestem bardzo piękna, że się cieszy i pożegnał, bo musiał wracać. Więc jak widać, może nie musimy się tak wszystkich bać, ale ostrożności nigdy za wiele (sytuacja miała miejsce w centrum downtown to też inna bajka).

Mam nadzieję, że relacja Wam się podobała :) Notkę publikuję teraz (czyli później :P), ale powstała ona dzień po zwiedzaniu, więc jest "na świeżo" :) Jeśli przypomni mi się coś ciekawego, napisze to w kolejnej notce.

Pozdrawiam Was serdecznie!

czwartek, 9 stycznia 2014

Jedzenie w USA.

Cześć!
Pierwsza rzecz, po której mogłam dobitnie stwierdzić "tak, jestem w USA; tak, to prawda co mówią" to porcje w restauracjach! Jako, że jestem osobą, która stara się odżywiać zdrowo wybrałam sobie z menu sałatkę z kawałkami kurczaka i dobrze, że była to tylko sałatka! Porcja była tak ogromna, że połowę tej sałaty wzięłam do domu! Po kilku wizytach w rożnych restauracjach przyzwyczaiłam się do ogromnych porcji i praktycznie zawsze biorę coś ze sobą do domu. Ale cóż, taka Ameryka, wszystko musi być 2x razy większe, tylko, żeby moje ciało pewnego dnia takie nie było :) Dobrze, ze lubie sobie czasami poćwiczyć ;)

Wracając do tematu, jakość jedzenia w USA nie jest za dobra. Większośc rzeczy jakie jadłam (mówie tutaj o kupnych produktach tzn. gotowcach) jest zdecydowanie przesadzona. Za słodkie, zdecydowanie, do wszystkiego dodają cukier (niezły trik, aby sprawic żeby klient szybko zrobił sie głodny i aby kupował więcej), albo za słone.  Raz robiłam sałatke warzywną i jak zawsze chciałam dodac troche musztardy. Dobrze, że robiłam dressing w osobnej miseczce, bo mimo że dodałam mała ilość musztardy, smak był zdecydowanie zbyt intensywny. Jak widzę kogoś kto nakłada nieskończenie wiele sosów na swoje dania to patrze z podziwem ;) Ale oczywiście można w USA jeść dobrze i smacznie, trzeba się tylko trochę wysilic robią zakupy, bądź zapłacic więcej. Co do cen to nie jestem jeszcze w stanie określić, gdyż jestem "świerzakiem", ale na pewno jest to możliwe, aby zjeść zdrowo, smacznie i taniej. My często jeździmy do sklepów gdzie sprzedają żywność organiczną, albo do sklepów Japońskich Mitsuwa czy Koreańskich. Jakość jedzenia w tych sklepach też jest dobra, jedzenie egzotyczne i smaczne. Ale to tez juz specyfika czy ktoś lubi orientalne smaki.
Wielki szok wywołaly u mnie lody! W Stater Bros widziałam ogromne, okrągłe pudło z lodami! Niestety nie zrobiłam zdjęcia, a w interencie nie potrafie znaleźc. Ale myslę, ze na 10 osób to by było za duzo.

Wielka radość sprawia mi ujrzenie Polskich produktów w amerykańskich sklepach. Do tej pory widziałam polską wódkę Sobieski, delicje, jeżyki i hity. Z tym, ze był to market typu"ze wszystkich stron świata". Kierując się radami użytkowniczki forum wiem, że można tez trafić polska kapustę kiszona, czy rożnego rodzaju surówki w Big Lots. W ten weekend mam zamiar wybrać się do Orange, gdzie jest jedyny Polski sklep w okolicy Polka Deli. W Californii, nie ma niestety wiele Polskich sklepów i trzeba się trochę wysilić. Mam tylko nadzieję, że ceny mnie nie powalą, bo to jednak importowane rzeczy ;)




Na koniec pokazuję wam Laguna Beach! Jest to najbliższa plaża od mojego domu. Myślę, że latem będę tam stałym bywalcem, ale... uwaga na rekiny!
Pozdrawiam!

czwartek, 2 stycznia 2014

I oto jestem tu. Tu, w Californii :)

Powracam i witam :)
Po długim czasie oczekiwania, po zabawie z papierkową robotą (chociaż ta gorsza jej cześć dopiero przede mną) w końcu znalazłam się tutaj w USA a dokładniej w Kalifornii.
Przy załatwianiu wizy musiałam skupić się na innych rzeczach, sama procedura była skomplikowana i stresująca, zaznaczam, że nie jestem na wizie turystycznej B2 tylko K1. Teraz, jak mam przy boku swojego K, sprawy z załatwianiem dalszych formalności nie będą tak stresująca :)

Mam nadzieję, że mój blog stanie się teraz trochę ciekawszy, postaram się systematycznie wrzucać posty. Tematyka będzie bardziej 'amerykańska" :) Proszę jednak o wyrozumiałość co do moich notek. Postaram się je pisać jak najbardziej poprawnie i "lekko".

Na początek opisze pokrótce podróż samolotem. Niestety nie mam zdjęć, bo nie miałam ze sobą aparatu, a wiadomo telefon komórkowy powinien być wyłączony. Bardzo żałuję, bo widoki, szczególnie nad USA, były niesamowite! Oczy miały mi z orbit wyskoczyć kiedy zobaczyłam Los Angeles, centrum - kilka wieżowców i dalej miasta ciągnące się w nieskończoność. Góry, ocean, wcześniej w życiu nie widziałam nic tak pięknego. Z resztą, była to moja pierwsza tak długa samotna podróż samolotem, z przesiadką w Niemczech i... nie było się czego bać :) Oczywiście pierwszy lot małym samolotem LOT-u przyspieszył moje bicie serca (ostatnim razem leciałam jakieś 6 lat temu czego prawie w ogóle nie pamiętam, więc to doświadczenie było całkiem nowe), ale nie powiem wrażenia podczas lotu były większe, bo czuło się każdą najmniejsza turbulencję, skręt tez był bardziej odczuwalny. Na lotnisku spotkałam bardzo miłe Polskie małżeństwo, które chciało odwiedzić córkę na święta w San Diego, a już w drodze do LA w samolocie miałam miłe towarzystwo... Michaela Jacksona ;) Facet wyglądał jak on, nawet był tak samo ubrany ;) Nawet steward nazywał go Michael chociaż jego prawdziwe imię było inne, wiadomo niemniej jednak te 12 godzin lotu minęły w przesympatycznej atmosferze.
Cała podroż od domu w PL do domu w USA zajęła ok. 23 godzin. Wliczając czas oczekiwania i dojazd na lotnisko. Jet lag ok. 3 dni.

Jestem tutaj już prawie miesiąc i w tym czasie Ameryka bardzo mi się spodobała. Jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które muszę doświadczyć, ale póki co wiem, ze ludzie są tu bardziej otwarci, widoki są piękne i nie mogę znaleźć kiszonej kapusty i słodkiej śmietanki 12% xD chyba źle szukam. Ale fakt, różne dziwactwa można znaleźć w supermarkecie, mieszanki przeróżne są... zaskakujące. Dzisiaj znalazłam w supermarkecie ogromne lody! Chyba w 20 litrowym pudle, wcześniej w PL takich nie widziałam. I co mnie jeszcze zszokowało na początku - ogromne rozmiary w restauracjach, teraz juz się trochę przyzwyczaiłam do tego, że połowę zamówionego jedzenia i tak wezmę do domu :P Rozmiary w starbucksie to mały ok 0.4l, średni ok 0.7l i duży 1.3l. Dla mnie - ogrom.





Tak mniej-więcej wygląda sobie okolica, w której teraz mieszkam. Jak dla mnie - egzotycznie. Te tereny były kiedyś terenami pustynnymi. Jedyne czego sie boję wychodząc na spacer to to, ze spotkam tarantulę, a jest ich tu podobno bardzo dużo!

Póki co kończę i pozdrawiam!

środa, 26 czerwca 2013

Traveler :)

Witajcie!
Wczoraj zaszalałam i kupiłam magazyn "Traveler" National geographic. Zaintrygowały mnie artykuły o podróżach za 1500zł. Szczególnie zwróciłam uwagę na.. podróż do Japonii oczywiście ;) Jak widać, można zwiedzić Japonię bardzo za taka niską sumę w 9 dni! Wystarczy wyłapać promocyjny bilet i szybko sie spakować. Jak się okazuje z noclegami tez nie ma problemu. Łatwo jest tez znaleźć zakwaterowanie na couchsurfing.com Ta strona tez jest bardzo interesująca. Gdybym mieszkała w większym mieście pewnie radość sprawiłoby mi dać turyście zakwaterowanie i przy okazji dowiedzieć sie czegoś o jego kraju :)
Do Japonii akurat poleciała kobieta. Zastanowiło mnie, ze taki samotny podróżnik musi mieć bardzo duzo odwagi. Ciekawa jestem czy sama dałabym sobie radę w prawie dwa tygodnie dotrzeć na drugi koniec świata i go zwiedzić. W sumie juz próbowałam sie rzucić za ocean i pewnie musiałabym być na to przygotowana, ale jakoś ten zapał się ulotnił po tej nieszczęsnej odmowie wizy... Może potrzebuje troche czasu, ale nie powiem napłynęła nowa energia po przeczytaniu tego artykułu. Zachęcam do przeczytania :)

Zainteresował mnie również artykuł o Himalaistach. Nie zdawałm sobie sprawy jak trzeba tam walczyc o życie. Decydując się na taka wyprawę trzeba liczyc się ze smiercią. Potrzeba na prawdę ekstremalnego podejścia do życia. Przejawia mi sie straszna wizja na samą myśl o takich wyprawach. Chyba jednak jestem osobą, która życie i bezpieczeństwo stawia na wysokim miejscu. Polecam te dwa watki z tego magazynu.
Czekam na wyniki matur do piątku. Szczerze wakacje już mi się znudziły xD szukam czegoś, mam już pewien pomysł w głowie co robić, ale póki nie dojdzie do skutku to się nie pochwalę ;)
Pogoda mnie strasznie zdołowała. Mój nastrój jest zawsze odzwierciedleniem pogody, wiec wiadomo jaki jest. Parę dni temu 36 stopni a dzisiaj 15! Zwariuję xD No mały wątek do ponarzekania, ale (jak juz wspominałam wcześniej) myślimy pozytywnie! Nie jest to łatwe w takiej strefie klimatycznej (ZAWSZE zwalam na pogodę), ale trzeba próbować ;)

Pozdrawiam!